“Szpital nocą” – fragment dziennika rezydentki

Szpital nocą. Bywa on często straszny. Stąd te wszystkie horrory mające miejsce właśnie w szpitalu, prawda? Tak, szpital nocą to dziwne miejsce. Zwłaszcza gdy na dyżurze czasem chodzi się w różne zakamarki coś załatwić – i te zakamarki wcale nie przypominają tego, co widuje się za dnia.

Najstraszniejsze nie są wyciemnione korytarze: te na oddziałach, gdy już ucichnie praca, gdzie przechodzi się cichcem, a zza przymkniętych drzwi dochodzi chrapanie chorych, od czasu do czasu jęk. Nie. Najstraszniejsze są przejścia i łączniki, gdzie białe, jaskrawe światło buczących jak tornado jarzeniówek tak dobitnie przypomina, gdzie się jest. Gdzie wśród bezdennej ciszy grzmią najdelikatniejsze nawet kroki.

Najstraszniejsza nie jest “czerwona” strefa SOR, gdzie przez całą dobę pikają monitory, ciśnieniomierze pompują powietrze, probówki z krwią noszone są taśmowo w jedną stronę, a wracają impulsem elektrycznym jako wynik z laboratorium. Tam, gdzie ratownicy, lekarze i sanitariusze mijają się w najpiękniejszym twiście. Nie. Najstraszniejsze są te duże, ciche sale Oddziałów Chorób Wewnętrznych, gdzie starsi, nieświadomi siebie pacjenci po ciemku odchodzą bez najmniejszego jęku.

Na dyżurze czasem trzeba przejść przez szeroki hol naznaczony zasuniętymi żaluzjami sklepiku, czeluścią okien – otwartych, by wpuścić mroźne, nocne powietrze. W pewnym miejscu, za szklanymi, skrzypiącymi drzwiami, pacjenci urządzają sobie nielegalną palarnię, więc idąc można nagle poczuć gryzący nos obłoczek nikotynowego dymu.

Czasem trzeba przejść przez szatnię, gdzie wielokrotnie zakręca się labiryntem wąskich korytarzy, z obu stron zastawionych metalowymi szafkami, pokrytych lśniąco-białymi kafelkami zabielonymi lśniąco-białym światłem. W kątach walają się zużyte stroje jednorazowe, stoją jakieś zapleśniałe ze starości buty. Toaleta – od wieków bez żarówki w lampie – zaprasza w swoje objęcia uchylonymi drzwiami.

A najstraszniejsze jest wyjście główne. Niby pilnie strzeżone przez uzbrojonych w kamery pracowników Informacji, niby blisko tętniącego życiem SOR, niby czasem ktoś przemknie się tamtędy żwawym krokiem, by utonąć w odmętach oczekiwania na swoją kolej na plastikowych krzesełkach. A jednak… widok tych otwieranych automatycznie drzwi rodzi w głowie podstępny i złośliwy nowotwór myśli, żeby dać się porwać temu rześkiemu, czarnemu powiewowi i wyjść, zaznać wolności, skończyć dyżur tu i teraz. Żeby nigdy już tu nie wrócić.

Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *